Komentarz do wpisu Ile to kosztuje a ile jest warte od G.Okon
Ges ! Z schrupiaca skorka, ociekajaca tluszczem, z jablkami albo z kapusta….Gdzie w Warszawie dawali te ges ?! Krolestwo za ges ! Kaczuszka i owszem – u Pani Pietakowej na Starym Miescie, czasami w Amice, ale ges….A poza kaczuszka mozna bylo w Amice spozyc flaczki z pulpetami, podobnie jak w Samsonie na Freta. Starowka byla zdegenerowana tymczasowymi i w Bazyliszku czy Krokodylu nie bylo czego szukac czego szukac. W siedemdziesiatych wybuchly prywatne knajpy z zupami zero, drugim – na polska modle (podlej tluszczu i wodeczki) ale – ze znakomitymi kielbaskami, kaszanka, zimna cielecina, szyneczka, baleronem, schabem, poledwiczka i wszystko opatrzone ogoreczkiem malosolnym, kiszonym, pomidorkiem, grzybkami marynowanymi, sliweczka – czego dusza zazyczy ! Powstaly dania – pomniki jak golonka u Panow Kierzkowskiego i Bielskiego, ktorzy niestety zakonczyli rozkwit Staropolskiej polamanymi krzeslami i milicja, kiedy nie mogli sie jeden drugiemu rozliczyc. A goloneczke podawali regularnie 1.5 kg danko, z chrzanem, kapusta, grochem i rzecz oczywista wodeczka lub piwkiem. Doskonalymi wedlinami kusily: Pod Sosnami w Konstancinie, Wrzos w Lomiankach, Baszta w Pyrach, Mak na szosie katowickiej, knajpa przy Szembeka i masa innych. Dobre jedzenie, z gory do dolu, bylo zawsze w Europejskiej (blogoslawiony Kazio Truchel), w Grandzie (okresowo) z wielojezycznym Alkiem George, w Victorii i w renomowanym Bristolu. Ewenement z lat szescdziesiatych Szanghaj (doskonala zupka Consome z tofu, bambusem i been sprouds)), swinka Rozmaitosci z grzybkami Sitaki podawana w goracych metalowych patelenkach – jak sobie szef Mao zazyczyl, powoli psila sie i psila az sie wreszcie calkiem zepsila. Bary mleczne to byl syf i zaraza, ale dwa: Flis i Zamkowy staly dobrze. W Zamkowym – kolduny pod maselkiem albo w rosolku a we flisie – Flaki. Jak czlowiek mogl w dwoch dloniach niesc do swojego stolka miske z flaczkami, dwie buleczki i piwo, do dzis nie rozumiem. Na pietrze, podobnie jak w Kameralnej na Foksal, polswiatek zalatwial swoje jenteresa, ale na parterze – sami flakozercy. Z ta “mordownia” w Kameralnej to niezupelnie prawda, poniewaz bar trzymala tam zawsze Pani Jadzia, polowica wazniaka z Palacu Mostowskich i pod obfitymi polciami w bialej bluzeczce miala w pogotowiu telefon a malzonek pilnowal interesu jak oka w glowie. Faktyczne “mordownie” byly na Pradze: Pod Zolwiem i U Inwalidow (obok Oazy ze swietnym paprykarzem). Solidny codzienny obiadek dla delegacyjnych z roznych tam Wroclawiow, Lodzi, Bydgoszczy i Rzeszowa dostawalo sie za bardzo niewygorowane ceny w Dziku na Nowogrodzkiej. Lata siedemdziesiate w Warszawie obfitowaly w dobre knajpy i nie bylo na co narzekac. Ale – gdzie, u diabla, dawali te GES ?!